2008-10-22 20:56:23 >> A było to tak... Witam po dłuższej przerwie spowodowanej... no właśnie, czym ta przerwa jest spowodowana, trudno osądzić, ale na pewno w jej trakcie całkiem sporo rzeczy zdarzyło się w moim życiu i postaram się o nich po krótce napisać. Zacznę od mniej ważnej sprawy, mianowicie w ostatnią sobotę odbyłem pierwszy kurs rysunku MANGI na mojej uczelni. Byłem dosyć zaskoczony sporą frekwencją zgromadzonych osób, około 20-tu ludzi, jednak bardziej przeraził mnie mały tłumek rozchichotanych licealistek chcący "zabawić się" w rysowanie. Na szczęście zajeły one ostatnie miejsca w sali i zachowywały się w trakcie zajęć całkiem przyzwoicie, więc większych powodów do narzekania brak. Muszę przyznać, że jestem zadowolony, iż zdecydowałem się na zapisanie na owe warsztaty. Sam zapewne nigdy nie zmobilizowałbym się do doskonalenia swoich "arystycznych" umiejętności, a dzięki zajęciom dostaję pozytywnego kopa. O tym, że dobrze się bawiłem, świadczył banan na mojej twarzy, który utrzymywał się na niej przez bite 2 godziny. ;] Spotkania prowadzą dwie absolwentki mojej uczelni, sympatyczne i interesujące dziewczyny, które starają się zapanować nad tabunem kursantów i wychodzi Im to całkiem nieźle. Według prowadzących poziom grupy jest całkiem wysoki (jestem przekonany, że znacznie go zaniżam ;D), sam siedziałem otoczony dwoma dziewczynami i chłopakami, którzy lubują się w rysowaniu od wielu lat i ich pracę były tego dowodem. Na zajęciach uczyliśmy się rysować ludzkie pozy i muszę przyznać, że poczyniłem pewne postępy co motywuje mnie do dalszych starań. Właśnie dzisiaj dostałem na maila moją pracę domową, w ramach której muszę uchwycić co najmniej 3 pozy w stylistyce przypominającej mangę, zapowiada się na niezły fun... ;] Oczywiście będę starał się zamieszczać na blogu moje co lepsze prace, dzięki czemu będziecie mieli z czego się ponabijać... ;P Miałem zamiar poruszyć w tym poście jeszcze inny temat, jednak pozostawię go sobie na deser i opiszę co jeszcze mi się ostatnio przydażyło kolejnym razem. Miłego wieczora. :) skomentuj (1) 2008-10-15 17:26:20 >> ... rzecz ludzka. Witam panie i panów, minęło dni kilka od mojej ostatnie aktywności na blogu, dlatego postanawiam to zmienić (już słyszę dobiegające głosy niepohamowanej radości z tego powodu... :p). Zacznę od tego, że od początku roku akademickiego towarzyszy mi naprawdę dobry nastrój, szczególnie na uczelni, czego zupełnie nie spodziewałem się po sobie. Chyba nie ma dnia, żebyśmy z kumplami z roku nie umierali ze śmiechu i nie zwracali na siebie uwagi otoczenia, to naprawdę przyjemne uczucie. Dzisiaj miałem pierwsze kolokwium i wydaje mi się, że poszło mi całkiem nieźle, co oczywiście jest powodem do radości, szczególnie że prawie nic się nie uczyłem... ^^, Teraz przejdę do spraw dla mnie najważniejszych, do spraw, które dotyczą wszystkich ludzi, bez wyjątku (chyba, że tego, który potwierdza regułę), czyli miłości, zauroczeń, popędu seksualnego, wszystkiego co wiąże się z relacjami damsko-męskimi. Jak już napisałem w poprzednich notkach, od jakiegoś już czasu odczuwam sporą potrzebę nawiązania bliskiego kontaktu z płcią przeciwną (czyt. kobietą homo sapiens sapiens, czyli kobietą myślącą, a zarazem ultra atrakcyjną, hehe). Nie ma dnia, żebym nie myślał o tej mojej niezaspokojonej potrzebie, żebym nie przypatrywał się z ciekawością otaczającym mnie paniom. W związku z odczuwaniem samotności fizyczno-emocjonalnej pomyślałem sobie, że raz kozie śmierć i na forum pewnego portalu społecznościowego zamieściłem informację, że chętnie poznam dziewczynę w wieku 19-21 lat, z Warszawy, każdy z użytkowników mógł wejść na mój profil, zobaczyć moje zdjęcia, czy dowiedzieć się nieco o mojej osobie. Niestety odzewu nie było... Jednak gdy minęło parę dni odezwała się pewna dziewczyna, która lekko mnie zszokowała swoją otwartością związaną z chęcia poznania mojej osoby. Zaczęlismy pisać do siebie prywatne wiadomości i jeszcze tego samego dnia podała mi swój numer gg, a ja nawiązałem z Nią rozmowę dnia następnego. Muszę przyznać, że zainteresowała mnie swoją osobą, z początku wydawało mi się, że jest to (brzydko ujmując) pusta panna, jednak dosyć szybko miło się rozczarowałem, dodatkowo wydaje się, że jest całkiem atrakcyjną fizycznie dziewczyną, jednak nie jestem przekonany, że pod tym względem znajduje się w obszarze moich zainteresowań... Nie wiem czy to wpływ Jej osobowości, komplementów pod moim adresem (naprawdę mi się to nie przyśniło!), ale wyszedłem z propozycją spotkania się we dwójkę, przyznam się, że teraz zaczynam powątpiewać, z różnych przyczyn, czy to dobry pomysł... Owe przyczyny są dla mnie utrapieniem, szczególnie jedna, która wydaje mi się, że może świadczyć o mojej płytkości, co nie daje mi spokoju. Mianowicie chodzi o to, że zwracam sporą uwagę na wygląd kobiet, z którymi mogę potencjalnie się związać. Mam, w moim odczuciu, naprawdę całkiem spore wymagania co do atrakcyjności przyszłej partnerki. Po części to może być kwestia wychowania, po trochu wypaczenia fundamentalnych wartości, a może nawet kwestia niezdrowych ambicji, pewności nie mam. W każdym bądź razie, nawet jeśli dziewczyna wydaje mi się ciekawa z charakteru, to jeśli nie będzie w moim guście pod względem wyglądu, to są małe szanse na to, że uczynię kolejny krok w celu nawiązania bliższej relacji. Wydaje mi się, że nie jest to etyczne (?) zachowanie, w końcu sfera zewnętrzna nie powinna być priorytetowa w kwestii doboru przyszłego partnera... Oczywiście mógłbym napisać, że owe "wymagania" są zapisane w moich genach, w czym jest sporo racji, wynikiem ewolucji meżczyzna ma zakodowane w sobie postrzeganie konkretnych walorów fizycznych kobiet jako te najbardziej "właściwe" i właśnie względem tych kryteriów poszukuje on swojej kobiety. Jednak nie jesteśmy prostymi zwięrzętami, jako jedyny gatunek potrafimy oprzeć się własnym instynktom, i powinienem rozumieć, że kobiecy wygląd nie powinien stanowić dla mnie aż tak ważnego punktu odniesienia... Zapewne sporej grupie osób mój dylemat wydaje się być dosyć błahy, a może nawet "głupi", mi jednak trudno osądzić czy rzeczywiście taki on jest... Nie mam pojęcia czy przechodzę swoisty "podświadomy okres godowy", ale moje libido jest naprawdę spore, co na pewno potwierdziliby znajomi z uczelni ;P Wiem natomiast jedno, zwracam na siebie uwagę atrakcyjnych dziewczyn. Wczoraj będąc u lekarza, spostrzegłem że jedna z pacjentek kilkukrotnie mi się przyglądała, starałem się odwzajemnić ten gest, na pewno jest to miłe. Natomiast to co miało miejsce dzisiaj, przechodzi już moje pojęcie. Zacznę od tego, że jadąc autobusem na uczelnię co najmniej dwie kobiety zwracały na mnie baczną uwagę, jedna młodsza ode mnie, druga kilka lat starsza. Na uczelni, zostałem obdarzony niejednym nieco ukradkowym spojrzeniem przez studentkę z innego wydziału, nie przyjrzałem się Jej zbyt bacznie, ale wydaje mi się, że jest w moim guście. Dosyć niespodziewanie zapytałem jednego z chłopaków z Jej grupy z jakiego są wydziału i na którym roku studiują, tak mocne zaczęło być moje zainteresowanie ową zgrabną, długowłosą blondynką. Na zajęciach sprawdzałem Jej plan, żeby dowiedzieć się kiedy i gdzie mógłbym Ją napotkać, a po laboratorium poszedłem w stronę sali, w której miała zajęcia i spostrzegłem Ją, a Ona mnie, czuję że coś jest na rzeczy i wydaje mi się, że zaryzykuję i nawiąże z Nią kontakt... Jednak to nie wszystko, "najlepsze" jeszcze miało nastąpić. Wracając autobusem do domu zostałem niemalże obstąpiony przez dziewczyny, wszystkie w wieku (wczesno)licealnym, jedna siedziała bokiem tuż przede mną, druga obok mnie, a dwie (koleżanki) siedziały twarzą i na prawo do mnie 2 metry dalej. Dziewczyna, która siedziała bokiem do mnie zaczęła na mnie spoglądać odwracając głowę całkowicie w moją stronę. Do tego, gdy już patrzyła przed siebie, wyczekiwała tylko momentu aż na Nią spojrzę. W trakcie całej trasy, ok. 40 minut, licealistka spojrzała prosto na mnie co najmniej 12 razy, co nie może być przypadkiem i nim nie jest, nasz wzrok nie raz się spotkał i dało się zauważyć, że jest mną zainteresowana. Troszkę krępowała mnie ta sytuacja, strałem się patrzęć tępo w różnych kierunkach, jednak nie wiele to "pomagało", ale przede wszystkim bawiła, ponieważ w życiu nie zdarzyło mi się, żeby ktoś się tam mną interesował. Również dziewczyna, które siedziała obok mnie spoglądała nie raz w moją stronę. Oprócz tego kilka razy wymieniłem spojrzenia z jedną z dwójki dziewczyn, które siedziały obok siebie, i w gruncie rzeczy to właśnie Ona najbardziej mnie z tej czwórki interesowała. Wszystkie cztery kobiety były atrakcyjne... Ale Ona miała w sobie to coś, była wyzywająca, miała własny styl, i to spojrzenie... Mmmm... Miodzio. Na zakończenie dodam, że nie wysiadłem z autobusu pod swoim domem, tylko pojechałem 3-4 przystanki dalej, na pętlę, a to dlatego, że byłem niemalże wgnieciony w siedzenie z powodu tej całej sytuacji, jestem totalnie nieprzyzwyczajony do takich zdarzeń. Na domiar wszystkiego, dziewczyna która wpatrywała się we mnie jak w obraz, również wysiadła dopiero na pętli autobusowej, a następnie przesiadła się do autobusu, który jechał trasą, w kierunku z którego dopiero co przyjechaliśmy na obecny przystanek, więc mniemam, że również zaliczyła kilka dodatkowych przystanków z mojego powodu... Zaczynam się zastanawiać czy nie zacząłem wydzielać jakiś feromonów, które działają na kobiety jak lep na muchy... ;P Chciałbym rozwinąć jeszcze jeden temat, co Wy, kobiety, sądzicie o kontakcie wzrokowym z płcią przeciwną. Czy lubicie gdy mężczyźni się w Was wpatrują, czy może jak patrzą z ukradka? Co czujecie, gdy jeden z nich zwróci na Was w ten sposób uwagę, co sobie wtedy myślicie? Przyznam, że nie mam większych problemów z utrzymaniem długiego kontaktu wzrokowego z rządną kobietą, ale wydaje mi się, że jednak dziewczyny nie lubią takiej "nachalności", wolą być "obdarowywane" krótkimi", "nieśmiałymi" spojrzeniami, aniżeli dłuższymi, bardziej intensywnymi, dlatego zazwyczaj właśnie w ten sposób spoglądam na kobiety, które mi się podobają. Coś mi się wydaję, że przez tego posta mój blog straci na "popularności" (hehe), nie dość, że zawartość wydaje mi się nieco masłem maślanym, to jeszcze moje zachowanie wydaje się być dosyć dziecinne, jest to jednak kwestia braku doświaczenia w podobnych sytuacjach. Tak czy inaczej, dzisiaj zostałem mocno dowartościowany, mam nadzieję, że zdobędę się na nawiązanie znajomości ze studentką z mojej uczelni, jednak przez najbliższy czas będę ją wyłącznie obserwował... ;-) Pozdrawiam wszystkich. skomentuj (3) 2008-10-12 08:51:22 >> Krzysio wędrowniczek c.d. Ahoj, jak obiecałem tak zrobię, oto dokończenie posta z dnia wczorajszego. Myślę że całość będzie bardziej przejrzysta jeśli podzielę ją na odrębne partie, do tego nowa treść w sporej części abstrahuje (kolejne "mądre" słowo, brawo dla mnie!) od poprzedniej tematyki, więc chyba jest to dobry zabieg. :) Kontynuując, po około 20-30 minutach wprawiłem maszynę w ruch (czyt. moje zasiedziałe kości), obróciłem się o 180 stopni, wstałem i zszedłem z wału w kierunku asfaltowej drogi. Po drodze minąłem nie tak dawno stworzony klimatyczny zajazd (jeśli zajazdem nazywa się miejsce, do którego się zajeżdża... ;>), w którym to zebrała się całkiem spora grupa ludzi, w tym większość z nich przybyła na miejsce motocyklem, być może był to jakiś zjazd fanów jednosladów, nie mam zielonego pojęcia. W każdym bądź razie dało się wyczuć towarzyszącą im zabawową atmosferę. Postanowiłem wrócić do domu autobusem, ponieważ droga powrotna zazwyczaj nie jest już tak przyjemna, a po drugie miałem do zrobienia jeszcze parę rzeczy. Tak więc obrałem kurs na pętlę autobusową, przy czym nie byłem do końca pewien czy do niej trafię, gdyż od tej strony jeszcze nigdy do niej nie szedłem. Po drodzę minąłem wielu ludzi oraz kościół, który po raz pierwszy zobaczyłem z jakiś tydzień-dwa temu podczas spaceru z mamą. Stoi on na uboczu, kilkaset metrów za osiedlami i zewsząd otoczony jest trawą. Co interesujące, wygląda on jak połączenie stodoły z przybudówką, a całość jest utrzymana w stylu budynku mieszkalnego, jest to dosyć niecodzienny widok. Niestety nie zrobiłem zdjęć, ponieważ bateria w komórce się wyczerpała. Zbliżając się po mału do pętli, ujrzałem dziewczynę wyłaniającą się z lasku znajdującego się nieopodal ulicy. Była to drobna blondynka o całkiem powabnych kształtach, mój męski instynkt łowcy od razu zaczął działać na pełnych obrotach wynikiem czego rozpocząłem swoje łowy podążając za niczego nieświadomą ofiarą... Dziewczyna jednak nie miała zamiaru się poddać i niczym ze sprinterskim zapałem zmierzała na zajazd autobusowy, jednak ja również nie dałem za wygraną i przyspieszyłem kroku. Po kilku minutach zorientowałem się, że zacząłem iść nie na ten przystanek, na który planowałem, jednak podjąłem jedynie słuszną decyzję stwierdzając, że upoluję swoją tajemniczą damę, nawet jeśli będzie jechała inną linią (czy ktoś wyczuwa tutaj desperację?). W trakcie pogoni kilkukrotnie śmiałem się pod nosem z mojego zachowania. Wreszcie dotarłem na przystanek, okazało się, że dziewczyna czeka na autobus, który zatrzymuje się w pobliżu mojego domu (widocznie los tak chciał...), nie ukrywając byłem zadowolony z takiego obrotu sprawy.Na chwilę obróciłem się w przeciwną do niej stronę, a następnie ukradkiem spojrzałem na nią, zauważyłem że szybko odwróciła się gdy to zrobiłem, stwierdziłem że mogła mi się przyglądać. Mojego ego urosło ;) Wsiedliśmy do pojazdu, chwilkę zastanawiałem się gdzie usiąść, czy na przeciwko niej, czy za nią. Pomyślałem jednak, że siedzenie twarzą w twarz byłoby nieco niezręczne dla nas obojga, więc wybrałem alternatywę. Nieznajoma kilkukrotnie obróciła głowę w moją stronę, niemalże o 90 stopni, wynikiem czego stwierdziłem, że chyba stara się zwrócić na siebie moją uwagę. Następnie kilka razy poprawiła swoje włosy, trochę później wyjęła puderniczkę przeglądając się w niej i znowu obracała się co jakiś czas w moją stronę. Nie muszę chyba pisać, że byłem niemalże wniebowzięty, nie mogło być inaczej gdy dziewczyna, która pod względem fizycznym jest niemalże moim ideałem, interesuje się moją osobą. Piękna ciemna cera, drobna postura, zgrabna figura, przyjemna buzia, ach... I tutaj koniczą się wspaniałości owej chwili, ponieważ nie wykonałem żadnego kroku, nie licząc faktu, że kilka razy odwzajemniłem jej ukradkowe spojrzenia. Nie podjąłem żadnych kolejnych działań, ponieważ głęboko w podświadomości uważam, że nie jestem warty tak atrakcyjnej kobiety, że nie będę w stanie zaspokoić jej intelektualnie, to są moje odwieczne obawy, obawy które staram się przezwyciężać każdego dnia. Zdaję sobie sprawę, że w głównej mierze kobietom zależy przede wszystkim aby mężczyzna był pewny siebie, zaradny, a w moim wypadku cechy te nie są tak rozwinięte jakby sobie tego życzył. Ponadto, wnioskując z moich ubogich życiowych doświadczeniach, jestem niemalże przekonany, że człowiek nie będzie szczęśliwy w związku, jeśli nie będzie szczęśliwy nie będąc w nim, a ja niestety nie mogę jeszcze o sobie powiedzieć, że jestem szczęśliwą osobą. Na co dzien borykam się z "przypadłościami", które są wynikiem moich, przede wszystkim dziecięcych, doświadczeń, a które nie pozwalają mi wyeksponować swoje całego potencjału. Każdego dnia staram się budować cegiełka po cegiełce poczucie własnej wartości, nie przejmować się niepowodzeniami i nie kontemplować zaszłości. Staram się nie denerwować, irytować i uświadamiać sobie, że te negatywne stany bezpotrzebnie pochłaniają mój czas i pogarszają nastrój. Wiem, że dopóki nie nauczę się dystansu do siebie, do życia, osiągnięcie szczęścia będzie niemalże niemożliwe, dlatego większość swoich sił mentalnych koncentruję własnie na pracy nad własną psychiką i "odpowiednim" postrzeganiem mojego wewnętrznego oraz zewnętrznego świata. skomentuj (2) 2008-10-11 18:47:18 >> Krzysiek ''The Globetrotter'' Heja wszystkim ;) Pomyślałem sobie, że napiszę mały raporcik z dnia dzisiejszego, który zapowiada się naprawdę nieźle, napisałem "zapowiada", ponieważ abym mógł go uznać za naprawdę udany muszę wywiązać się jeszcze z kilku narzuconych sobie obowiązków. Dzień rozpocząłem od wstania około godziny 8-mej (orgaznim widocznie przyzwyczaił się do wczesnej pobudki), zrobiłem sobie śniadanko, obejrzałem serialik ("Smallville") chwilę pobuszowałem po kilku stronach internetowych a następnie zabrałem się za czytanie wykładów z programowania w C++ i niemalże dokończyłem zadanie, które muszę wykonać z tego przedmiotu. Następnie wziąłem się za odkurzanie mieszkania a po wszystkim zrobiłem sobie miskę płatków z mlekiem i zasiadłem wygodnie na kanapie przed plazmą (nie ma to jak szpan) w dużym pokoju i włączyłem Polsat, na którym to właśnie rozpoczęła się powtórka wczorajszego programu "Fabryka Gwiazd - Gala". W trakcie przerw reklamowych starałem się poprawnie wykonać zadanie dodatkowe z Sieci Komputerowych, a czy tak wyszło? Chyba nie... ![]() W trakcie trwania występów utalentowanych wokalistów polsatowskiego programu nie dało się nie zauważyć pięknie świecącego za oknem słoneczka i pozytywnej aury rozpościerającej się na widnokręgu, obraz ten mnie urzekł na tyle, że postanowiłem wybrać się na (samotny...) spacer, a dopiero potem dokończyć pozostałe wytyczone sobie zadania. Zaraz po zakończeniu programu szybko się ogarnąłem i wraz z moim nieodłączonym towarzyszem niedoli, odtwarzaczem mp3/4, wyruszyłem w podróż po warszawskiej Białołęce. Oczywiście obowiązkowo musiałem zabrać ze sobą komórkę, która w trakcie takich wycieczek służy mi jako aparat, do tego całkiem niezły. Poza tym spacer miał również na celu rozruszanie moich zasiedziałych kości, jako że nie mogę biegać (kolano nadal mi dokucza) to pomyślałem o substytucie (czasem mi się jakies "mądre" słowo przypomni... :P). Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Niemalże od razu po opuszczeniu bloku włączył się mój tryb "macho", a wewnętrzny radar zaczął namierzać każdą osobę przeciwnej do mojej płci... Zaczyna być już irytujące, że mój wzrok przemyka od jednej dziewczyny do drugiej, ale to silniejsze ode mnie, zresztą czy jest coś złego w podziwianiu kobiecej urody?... W krótkim okresie czasu zrobiłem już kilkanaście zdjęć, a w sumie uzbierało się ich 123, czyli wszystko w normie, mama na pewno będzie zadowolona z nowych fotek. Ciekawe co sobie myślą ludzie widząc, że co chwilę przystaję i cykam zdjęcie to tu, to tam, czasem przyjmując dziwaczne pozy? :) Pogoda była naprawdę wspaniała, nie było za ciepło, czy zimno, spacerując w rozpiętej bluzie i krótkich dżinsowych spodniach nie odczywałem chłodu, za to było bardzo komfortowo, a to dla mnie najważniejsze jeśli chodzi o ubiór. Oczywiście byłem chyba jedynym "szaleńcem", tak lekko ubranym... ale taki już jestem, niewrażliwy na nie za wysokie temperatury, znajomi i rodzina dziwią się, że nie jest mi chłodno będąc ubranym tak jak zazwyczaj jestem.Celem mojej podróży oczywiście był, znany już Wam, biały murek ciągnący się wzdłóż wału wiślanego. Po drodze do owego miejsca spotkałem naprawdę sporo spacerujących ludzi, nie spodziewałem się, że na dwór wylęgną aż takie tłumy. Widok rodzin spędzających w ten sposób czas jest dla mnie pewnym ukojeniem. Tutaj widać ojca jeżdżącego wraz z synem na rowerze, a tam garstkę dziedziaczków biegających wokół swoich rodziców, to naprawdę przyjemne dla mnie obserwacje. Ja niestety nie doświadczyłem za wiele, jeśli w ogóle, podobnych chwil, liczę na to, że kiedyś, gdy będę miał własną rodzinę, często będziemy wspólnie spędzać czas w podobnym stylu. ![]() Gdy już docierałem do murka spostrzegłem słońce, które zapadało leniwie w "sen" na horyzoncie. Widok to był piękny, romantyczny, o czym może świadczyć chociażby obecnośc kilku młodych par ludzi wpatrujących się w ten baśniowy obraz z brzegu Wisły. Dostrzegłem również dwie dziewczyny, które ochoczo gawędziły tuż nad samą rzeką na tylko im znany tematy. Zaczęła mi trochę doskwierać samotność, zastanawiałem się czy może nie zwrócę na siebie uwagi jakiejś pięknej singielki, która gdzieś w pobliż będzie się przechadzać, ale to były tylko moje życzenia. Przysiadłem na murku w mojej ulubionej pozycji, czyli po turecku, i wpatrywałem się w pomarańczowe barwy nieboskłonu, również mój wzrok przykuła kobieta, która puszczała latawiec poniżej zbocza wału od strony zanieczyszczonej Wisły, tuż za nią w wolniejszym tempie podążał jej mąż prowadząc dziecięcy wózek. Był to niecodzienny widok, dało się zauważyć, że młoda mama odczuwa sporą przyjemność bawiąc się w tym sposób, chodziła to tu, to tam, z radością majstrując przy lince latawca. W końcu weszła po zboczu i przeszła z uśmiechem obok mnie, a ja starałem się zareagować w ten sam sposób na ten miły gest. Na dopełnienie tego magicznego momentu warto wspomnieć, że tuż za mną, po wale wzdłóż murka, przechadzały się pary ludzi w najróżniejszym wieku, od nastolatków po staruszków, którzy również przyglądali się zabawie wiatru z latawcem uśmiechając się pod nosem. Kilka osób również siedziało w moim pobliżu przyglądając się pięknu otaczającej przyrody. Pozostałą część notki dokończę w poźniejszym czasie, mam nadzieję, że zdjęcia się podobają. :) ![]() skomentuj (2) 2008-10-09 21:48:55 >> Gdzie ta wena się podziała?... Siedzę przed komputerem i tak sobie myślę, że nie mam na nic ochoty... Ani uczyć mi się nie chce, ani obejrzeć jakiegoś filmu, czy poczytać czegokolwiek, totalnie nic, a na spanie jeszcze trochę za wcześnie. We wtorek zacząłem pisać posta na bloga, do dzisiaj go nie zakończyłem, przy czym aktualnie jest to najdłuższa notka jaką (nie)stworzyłem... Jeśli chodzi o wiadomości z ostatnich dni, to we wtorek mimo cieknącego nosa i lekkiego bólu stawu kolanowego (?) po niedzielnych przeprawach, poszedłem pobiegać, jak to ja, w niektórych sytuacjach daję z siebie więcej niż powinienem, a potem odbija się to na mnie negatywnie, tak było i tym razem. Na następny dzień niemalże nie mogłem się ruszać, ból kolana utrudniał chodzenie i z tego powodu w dniu dzisiejszym wbrew planowi nie wyszedłem się pomeczyć i jestem z tym powodu dosyć niezadowolony. Mam nadzieję, że do soboty moja noga już będzie się miała w porządku i będę mógł kontynuować trening. Ogólnie czuję się dosyć przemęczony, być może to przez mój obecny tryb życia: przyrządzanie śniadania -> uczelnia -> trening / przyrządzanie kolacji -> przyrządzanie kolacji / trening -> tv - muzyka / nauka -> biegi / spanie -> spanie i tak pięć razy w tygodniu, quite exhausting, ale co nie zabije to wzmocni i tego się trzymajmy... Co do uczelni to na razie nie mam większych powodów do narzekań, w tym roku trafili mi się całkiem sympatyczni wykładowcy / laboranci, jednak szykuje się spora harówka, szczególnie z elektroniki, o której nie mam zielonego pojęcia... W najbliższym tygodniu będę miał pierwsze kolokwium, można by powiedzieć powtórkowe, z tworzenia relacji "datobazowej" za pomocą programu MS Visio. Oprócz tego szykuje się dosyć pracowity weekend spod znaku programowania w JAVIE (mam do 5 listopada stworzyć program do obsługi biura podróży, oczywiście nie będzie to jakieś cudo na miarę prawdziwych systemów tego typu) oraz przygotowań do najbliższego kolosa. Co do sfery towarzystkiej, która w moim przypadku ogranicza się niemalże wyłącznie do osób, z którymi spędzam czas na uczelni, to jest całkiem pozytywnie. Bez słów pogodziłem się ze znajomym, z którym mieliśmy dosyć spory konflikt w roku poprzednim, ogólnie czuję się dosyć rozluźniony i staram się emanować pozytywną energią. W sumie obecnie najbardziej "przeszkadza" mi pragnienie (głównie od strony emocjonalno-fizycznej) znalezienia sobie bliskiej osoby, kobiety, jednak znając siebie, wiem że jeszcze nie jestem gotowy na tak bliskie relacje ze względu na swój sposób postrzegania swojej osoby i otaczającej mnie rzeczywistości, tak więc będę starał się zdusić w sobie owe żądze i potrzeby. Po mału zmykam spać, dobrej nocy wszystkim. :) skomentuj (2) 2008-10-08 17:25:32 >> Dlaczego ojcowie nie płacą alimentów? - debata
Nie wyobrażam sobie, żeby ojciec nie płacił alimentów na swoje dziecko. Dla mnie jest to niemalże równe z wyrzeczeniem się ojcostwa, z utraceniem cząstki człowieczeństwa. To, że mężczyzna nie mieszka już ze swoją (byłą) żoną i ich wspólnymi dziećmi w żaden sposób nie usprawiedliwia tego, że nie łoży na ich utrzymanie. Dzieci te są zarówno jego, jak i kobiety, z którą się rozstał i nic nie jest w stanie tego zmienić, a odpowiedzialność za własne potomsto jest niezbywalna i nie powinna był w żaden sposób kwestionowana.
Dlaczego ojcowie nie płacą alimentów? Trudno mi znaleźć rozsądną odpowiedź na to pytanie, czy może być to forma zemsty na swojej byłej żonie? Owszem, wyobrażam sobie, że są mężczyźni, którzy chcą w ten sposób odegrać się na matkach swoich dzieci, czy jest to dojrzałe podejście? Oczywiście, że nie, ponieważ tym samym cierpi jego potomstwo, które nie jest niczemu winne, a któremu należy się opieka na odpowiednim poziomie i godne warunki do życia. Czy ojcowie nie mogą podołać finansowo, mając nowe rodziny? Rozsądny człowiek przed wykonaniem kolejnego ważnego kroku w swoim życiu powinien przewidzieć jego następstwa, to że założył on nową rodzinę, nie znaczy, że może obrócić w niepamięć fakt, że ma już jedną, ze wcześniejszego małżeństwa, za którą jest wciąż odpowiedzialny. Jeśli takiej osoby nie stać na wyłożenie całej sumy na alimenty, to powinna chociaż częściowo ją pokryć, a w poźniejszym czasie dołożyć resztę brakującej kwoty. Jeśli problem ten wciąż się powtarza, to pozostaje jedno wyjście, znajdź sobie chłopie lepiej płatą pracę, albo dodatkowe zatrudnienie. Czy straszenie wpisem na listę dłużników poprawi ściągalność alimentów od rodziców? Straszenie raczej niewiele pomoże, natomiast podjęcie takiej akcji rzeczywiście może podziałać na wyobraźnie niektórych ojców. Moim zdaniem pieniądzę na alimenty powinny być ściągane od razu z konta, na którą idą wypłaty mężczyzny, jednak to nie rozwijązuje problemu w przypadku osób, której pracują w "szarej strefie", w tym wypadku pozostaje jedynie wierzyć w moralność, rozsądek i odpowiedzialność takiej osoby... skomentuj (2) 2008-10-06 21:04:17 >> Czy jedziesz na dopalaczach? - debata Nie zdarzyło się w moim życiu abym sięgnąl po niedozwolone prawem polskim środki mające na celu wspomóc pracę organizmu. Kiedyś przez krótki czas brałem takie specyfiki jak Plusz czy Sejsa oraz zdarzało mi się niejednokronie kupować Powerade`a aby dostarczyć organizmowi wartościowych witamin i mikroelementów, zazwyczaj miało to miejsce przed, lub w trakcie treningu siłowego. Co myślę na temat zażywania takich substancji jak amfetamina, czy marihuana? Po pierwsze, uważam że głupotą jest sięganie po produkty, które na dłuższą metę wyniszczają nasz organizm, najczęściej ludzki mózg, serce, układ krążenia. Miałem styczność z osobami, które paliły tzw. "trawkę" i zapewne na tym się nie kończyło. Efekty były dosyć zauważalne, nadpobudliwośc, albo flegmatyzm, problem z koncentracją, czy z pamięcią, moim zdaniem gra nie warta jest świeczki. Po drugie, środki te dostarczają jedynie tymczasowego ukojenia, wyostrzenia naszych zmysłów, wydaje mi się, że następnie przychodzi swego rodzaju "kac", który osłabia nasz organizm, więc suma sumarum wychodzimy na takim zachowaniu nie najlepiej... "Wkuwając do egzaminu, bierzesz amfetaminę i nie śpisz 3 noce z rzędu." - dla mnie, studenci którzy korzystają z tego typu środków są ludźmi krótkowzrocznymi i przede wszystkim nieodpowiedzialnymi. Większość wiedzy, którą się nabędzie w stanie "narkotykowego upojenia" przepada w bardzo krótkim czasie, w pamięci powstają spore luki. Lepiej nie myśleć jak takie zachowanie może się odbić na pracy zawodowej chociażby przyszłych lekarzy, od których zależy zdrowie, a czasem życie pacjentów. "Tzw. dopalacze i narkotyki są coraz popularniejszym środkiem na rozładowanie stresu i wytrzymanie zabójczego dla organizmu stylu życia" - jeśli mnie pamięć nie myli, to alkohol który również postrzegany jest jako dobry "odstresowywacz" w rzeczywistości powoduje, że przykre wspomnienia, które zalegają nam w głowie dłużej zostają w naszej pamięci, nie wiem jak odnosi się to do narkotyków, ale być może i tutaj zachodzi taka prawidłowość. Narkotyki pozwolają wytrzymać zabójcze tempo obecnego stylu życia? Moim zdaniem jedynie podkręcają to tempo prowadząc do utraty tego co w życiu najważniejsze. O ile mi wiadomo zażywanie "miękkich narkotyków" w umiarkowanych ilościach i bardzo sporadycznie nie wpływa bardzo wyniszczająco na nasze zdrowie, albo w ogóle nie wpływa negatywnie na jego kondycję. Jednak jaką mamy gwarancję, że takie "małe co nieco" nie zamieni się w nałóg, który zrujnuje nam życie? Przyznam, że od czasu do czasu chodzi mi po głowie czy nie skosztować owego "zakazanego owocu", jestem ciekawy jak w takim stanie postrzega się otaczająca nas rzeczywistość. Wydaje mi się również, że nie jestem podatny na nałogi (podobno decyduje o tym jeden z ludzkich genów), jednak czy to wystarczy abym kiedyś spróbował narkotyków? Raczej nie... skomentuj (0) 2008-10-05 15:50:05 >> Z cyklu co chcielibyście wiedzieć, a wstydzicie się o to spytać. Może notka tematu nie jest to końca adekwatny do rzeczy, które zaraz opiszę, ale może nikt (czyt. hell) nie zwróci mi uwagi z tego powodu. Zakupiłem niedawno najnowszy numer CKMu (i nie chodzi o ciężki karabin maszynowy, chociaż i nad tym się zastanawiam), chyba głównie zachęciła mnie to tego miła pani z okładki, którą jest Joanna Krupa (jeśli to czytasz, to poproszę o jedno z Twoich "artystycznych zdjęć" wraz z autografem - Twój oddany fan :*), w moim odczuciu jedna z najpiękniejszych kobiet na świecie. Zacząłem pokolei czytać artykuły zawarte w "czasopiśmie każdego mężczyzny" i muszę stwierdzieć, że nie żałuję wydanych pieniędzy. Nie przypuszczałem, że znajdę tam tak interesujące materiały okraszone sporą dawką dobrego humoru, chyba zacznę częściej sięgać po "drobniaki" aby ucieszyć gamę swoich zmysłów dzięki temu miesięcznikowi. Jednak nie o tym chciałem napisać, w magayznie znalazł się dosyć ciekawy artykuł zawierający różne nowinki, ciekawostki związane ze sferą cielesną, seksualna, erotyczną, jak zwał tak zwał. Część jest zabawna, inne interesujące, a niektóre trudne do uwierzenia. W tym poście podzielę się z Wami co ciekawszymi informacjami, które wyczytałem w CKMie, mam nadzieję, że nikt mnie nie zamknie w celi 2mx2m za dosłowne cytowanie... <sic!> Dla kobiet, o kobietach: "Kobiety noszące minimum 7-centymetrowe szpilki mają lepiej umięśnione plecy, przez co przeżywają bardziej intensywnie orgazm." "Kobiety czytające powieści romantyczne uprawiają seks 2 razy częściej od oglądających romantyczne komedie." "43 procent kobiet nigdy nie osiąga orgazmu waginalnego (Sarathai: to wszystko przez męskie lenistwo...)." "33 procent kobiet marzy o stosunku z inną kobietą. (S: to może trójkącik?...)." "70 procent kobiet w wieku 25-30 lat sądzi, że partner już jej nie kocha, jeśli nie ma ochoty na seks (S: cholera, przejrzały nas,czas wyemigrować...)." "Kobiety najczęściej zdradzają partnerów w dniach swojej płodności i z facetami o ostrych rysach twarzy." "W Europie zachodniej co trzecia kobieta w wieku 25-34 lata posiada wibrator (S: brrrrrr)." "Krem, lody oraz czekolada - 30 procent kobiet woli lizać te produkty niż ciało swojego partnera (S: mam nadzieję, że moja przyszła, potencjalna luba zechce się jednak skusić na mnie... ;P)." Męskie tajemnice: "35 procent mężczyzn jest niezadowolonych z wielkości swojego penisa (S: wyszło szydło z worka...)." "W latach 70. meżczyźni w wieku 18-30 lat z krajów uprzemysłowionych mieli średnio 3 razy więcej stosunków (18-22 miesięcznie) niż obecnie (4-10) (S: to musi być kłamstwo!)." Bo to Polska, tu się pije, ale nie tylko: "W Polsce stosunek trwa średnio 19 minut (na świecie 18)." "Połowa Polaków uważa swoje życie erotyczne za ekscytujące. Przegrywamy z Nigeryjczykami (78 procent), jesteśmy lepsi od Niemców (45) i Rosjan (43) (S: niestety nie jestem brany pod uwagę w tej statystyce...)." "81 procent Polaków masturbuje się czasami, a 35 procent mężczyzn i 22 procent kobiet robi to raz w tygodniu (S: ops, wydało się...)." "W ciągu życia Polak ma średnio 12 partnerek, Polka - 5 partnerów (S: wątpię, żebym kiedykolwiek osiągnał taki rezultat...)." Międzynarodowa prawda: "W Libanie mężczyźnie wolno uprawiać seks ze zwierzęciem pod warunkiem, że jest to samica. Seks z samcem karany jest śmiercią." "96 procent amerykańskich studentów woli seks oralny od waginalnego (S: mężczyźni homoseksualiści nie mają zbytniego wyboru...)." "Do 1884 roku kobieta w Wielkiej Brytani mogła trafić do więzienia za odmawianie seksu mężowi." "Formą składania hołdu cesarzowej Chin Wu Hou (683-705 r.) było zaspokajanie jej oralnie (S: Azjatki rzadko się depilują, więc nawet jeśli władczyni była urodziwa, to mężczyźni mogli nie postrzegać tego aktu za zbyt przyjemny...)." "W stanie Minnesota (USA) prawo zakazuje ludziom stosunków z żywymi rybami (S: dobrze, że na targu można już zakupić martwe okazy...)." "W starożytnej Grecji wierzono, że kobiety, obnażające na brzegu morza swoje waginy, zapobiegają sztormom i burzom (S: Ja nadal w to wierzę! Ciekawe czy sprzedają tam pocztówki z takimi widokami?...)." "W dawnym Hongkongu zdradzonej kobiecie wolno było zabić wiarołomnego męża tylko gołymi rękoma (S: chyba wcześniej musiały uczęszczać na lekcje sztuk walki aby odnieść sukces...)." "W Bahrajnie lekarzowi meżczyźnie wolno badać organy płciowe kobiety, ale nie wolno bezpośrednio na nie spoglądać. Musi używać lustra." Bogactwo wyobraźni, skarbnica wiedzy: "Król wysp Tonga Paulah pozbawił dziewictwa 38 tys. młodych kobiet." "Największy kochanek wszech czasów król Siamu Mongut miał 9 tysięcy żon. Przed śmiercią (na syfilisa) wyznał jednak, że naprawdę kochał tylko pierwsze 700 z nich (S: reszta wybranek musiała bardzo cierpieć z tego powodu...)." "Seks grupowy uprawiają tylko ludzie i morświny (S: pewnie mamy wspólnych krewnych...)" "Pingwiny przeżywają tylko jeden orgazm rocznie." "Najsłynniejszy prawiczek w dziejach to Isaak Newton. Słynny naukowiec zmarł w 1727 roku w wieku 84 lat, nie zasmakowawszy seksu z kobietą (S: widocznie nie miał apetytu, szczerze współczuję...)." "Szczury pustynne mogą w godzinę mieć 120 stosunków. To rekord świata. (S: moi drodzy, liczy się jakość, a nie ilość.)." "Diphallia to rzadko spotykane zaburzenie budowy organów płciowych, które polega na podwojeniu prącia (S: a żebym ja miał takie problemy...)." "W ojczyźnie Kamasutry, Indiach, stosunki seksualne są najkrótsze na świecie: trwają średnio 13 minut." Mam nadzieję, że nie przytłoczyła Was ilośc powyższych cytatów i przyjemnie spędziliście czas czytając je. Miłego dnia. :) skomentuj (3) 2008-10-03 22:54:41 >> Kim być lepiej - kobietą czy mężczyzną? - debata Jeśli miałbym możliwość wyboru mojej płci to nie zmieniłbym jej, a jest ku temu kilka powodów. Odniosę się w swoich rozważaniach do realiów krajów cywilizowanych, gdzie prawa kobiet są przestrzegane i istnieje (teoretycznie) tzw. równouprawnienie. Po pierwsze, kobiety są fizycznie słabsze od mężczyzn, przez co są teoretycznie bardziej narażone na ataki napastników, którzy logicznie rzecz biorąc powinni wybierać na swoje ofiary potencjalnie najsłabsze jednostki. Po drugie, nie wyobrażam sobie, żebym miesiąc w miesiąc przechodził owulację i okres, to nie na moje męskie siły (hehehe), podziwiam kobiety za ich wytrzymałość w tym względzie. Po trzecie, w większości mężczyźni są bardziej beztroscy, zdystansowani do życia aniżeli kobiety, prawdopodobnie mają na co dzień mniej stresów na głowie niż płeć piękna. Po czwarte, mężczyźni starzeją się z większą "gracją" aniżeli kobiety. Po piąte, mimo "równouprawnienia" mężczyznom, ze względu na ich płeć, zazwyczaj łatwiej jest znaleźć pracę. Zauważam trzy pozytywne strony bycia kobietą, jedną z nich jest specyficzna więź pomiędzy matką a dzieckiem, której ojciec w takim stopniu raczej nie zazna, drugą jest dłuższa średnia życia, trzecią bycie adorowaną przez mężczyzn, rozpieszczaną przez nich, aczkolwiek coraz częściej meżczyźni zaczynają być rozpieszczani przez płeń piękną. Można by wymieniać jeszcze pomniejsze różnice w egzystencji osób o danej płci, ale te wspomniane powyżej są dla mnie najważniejsze, nie chciałem również poruszać spraw związanych z kulturą i wyznawaną religią. skomentuj (4) 2008-10-02 21:06:06 >> Podsumowanie okresu wakacyjnego Miałem w planach zrobić to wcześniej, ale z powodu lenistwa, tudzież zmęczenia wynikającego z rozpoczęscia roku akademickiego, we wtorek (nie)odbył się pierwszy wykład, post powstanie z lekkiem opóźnieniem. W sumie nie zwykłem robić tego typu podsumowań, ale być może ma to pewien sens, pozwala to dostrzec jakie zmiany zaszły w naszym życiu, czego udało nam się dokonać, a w czym nie daliśmy sobie rady, więc już bez dłuższego zwlekania, zaczynam. Zadania, które sobie wyznaczyłem na okres ostatnich trzech miesięcy: 1) Zrobić sobie solidne powtórzenie oraz nadrobić powstałe w drugim semestrze studiów zaległości związane z materiałem dotyczącym języka programowania JAVA. 2) Zrobić sobie solidne powtórzenie oraz nadrobić powstałe w drugim semestrze studiów zaległości związane z materiałem dotyczącym języka programowania C++. 3) Poszerzyć swoją wiedzę na temat techniki i architektury komputerów. 4) Zadbać o swój wygląd i zdrowie poprzez ostry trening wytrzymałościowy oparty na aerobach, przede wszystkim rowerze stacjonarnym. 5) Zadbać o swoją kondycję psychiczną poprzez przeczytanie materiałów / książek dotyczących sensu ludzkiego życia, utrzymywania dobrych kontaktów międzyludzkich, sposobów na pokonanie nieśmiałości, motywacji do działań, samoakceptacji. Rezultaty moich postanowień: 1) Cel te został spełniony w 50-60%, przeczytałem jedynie około 80 stron pewnej książki po czym odstąpiłem od jej dalszego czytania, do tego nie podjąłem się żadnych praktycznych zadań związanych z programowaniem. 2) Cel nie został osiągnięty, nie zajrzałem do żadnej książki związanej z C++, jest to dla mnie przykre, aczkolwiek nie aż tak bardzo dobijające. 3) Przeczytałem około 180 stron książki pt. "Urządzenia techniki komputerowej", co w moim odczuciu pokrywa się z około 70% zakładanego przeze mnie materiału, który chciałem sobie przyswoić w tym temacie. 4) Przez pierwsze 6 tygodni wakacji 2 razy dziennie 6 razy w tygodniu jeździłem na rowerze, chyba że tego dnia miałem trening siłowy (co miało miejsce 3 razy w tygodniu), wtedy na rower wsiadałem tylko wieczorem. Po stwierdzeniu, że rezultaty są dalekie od oczekiwanych moja mobilizacja do treningu aerobowego drastycznie spadła i przestałem jeździć na rowerze i ćwiczyłem jedynie na domowej siłowni. 5) W tym aspekcie najbardziej siebie zawiodłem. Miałem spore plany dotyczące zmiane mojego nastawienia do świata, życia, siebie samego. Niestety nie przeczytałem żadnych materiałów, które by mi w tym pomogły, powody mogą być różne, część z nich jest pozytywna, lecz większość wprost przeciwnie. Na plus nalezy zaliczyć większą ilość czasu poświęconą na czytanie prasy i róznych nowinek oraz rozpoczęście prowadzenia bloga, również mój kontakt z częścią rodziny jest lepszy niż wcześnie. Moje założenia na najbliższą przyszłość: 1) Systematycznie przygotowywać się na zajęcia akademickie i nie poddawać się / denerwować się, gdy nauka sprawia problemy. 2) Systematycznie trenować biegi wedle przygotowanego planu. 3) Nawiązać bliższe kontakty ze znajomymi i nie ulegać wpływom innych ludzi. 4) Wierzyć w siebie, swoją wartość i umiejętności. Podsumowując, ostatnie trzy miesiące nie przyniosły w większości takich wyników jakich sobie życzyłem przed tym czasem. Odczuwam z tego powodu pewien niedosyt i zawód, aczkolwiek w niektórych sferach mojego życia się polepszyło i jeśli stan ten się utrzyma to będę zadowolony. Mam nadzieję, że najbliższe miesiące przyniosą mi więcej dobrego niż złego i że ten rok akademicki będzie dla mnie bardziej sprzyjający niż ostatni, a przede wszystkim mam nadzieję, że bardziej otworzę się do ludzi i będzie udawało mi się zachować pozytywny nastrój jak najczęściej i najdłużej... skomentuj (0) 2008-09-29 14:28:10 >> Czy być katolikiem to obciach? - debata Ciekawy zbieg okoliczności, planowałem w najbliższej przyszłości podjąć na blogu podobny temat, więc dobrze się złożyło. Zacznę od tego, że jestem ateistą. Na początku szkoły podstawowej uczęszczałem na lekcje religii i nawet lubiłem ten przedmiot. Byłem jednym z ulubionych uczniów katechety (nie żebym się chwali, bo chyba nie ma czym? :P). W domu nigdy nie wymuszano na mnie chodzenia na lekcje związane z nauczaniem wiary chrześcijańskiej, tak też zrezygnowałem z takiej możliwości (o ile mnie pamięć nie myli głównym powodem było moje lenistwo i niechęć porannego wstawania na zajęcia). Przy zmianach w planie lekcji i przestawieniu zajęć z religi na środek dnia już wiele korzyści nie odnosiłem z nie chodzenia na nie, więc dosyć często zjawiałem się posłuchać katachety, ocen jednak nie otrzymywałem. Teraz odniosę się bardziej bezpośrednio do tematu obecnej debaty. Czy być katolikiem to obciach? Dzieciństwo przeżyłem w czasach, w których obciachem było być ateistą, a być może miałem po prostu pecha do otaczających mnie osób. Zniosłem swego czasu sporo przykrości ze strony tak zwanych osób wierzących - głównie kolegów z klasy. Zdarzało się również, że te same osoby wyśmiewały wiarę kolegi, który w przeciwieństwie do nich nie był katolikiem, lecz protestantem, czyli również chrześcijaninem. Rozumiem że wszyscy wtedy byliśmy młodzi, ale chyba można spodziewać się czegoś więcej po ludziach pochodzacych z bardzo dobrych domów, wychowywanych w wierze katolickiej nie tylko przez szkołę, ale również przez rodziców. Były to osoby, które systematycznie uczęszczały na msze, obchodziły we właściwy sposób święta katolickie, przystąpiły do komuni. Te same osoby często sprawiały przykrość innych ludziom oraz kłamały w żywe oczy. Ja jako ateista czułem się od nich o wiele lepszy człowiekiem, który nie skrzywdzi drugiej osoby bez poważnego ku temu powodowi, który stara się stosować do zasad moralnych będących uniweralnymi dla każdej wiary czy niewiary (jeśli można tak ująć). To tyle jeśli chodzi o moją historię. W obecnych czasach, gdy agresja, wyuzdanie, lenistwo, apatia są tak wielkie jak chyba nigdy wcześniej, bycie katolikiem rzeczywiście może być przez niektórych ludzi postrzegane jako obciach. Jednak wydaje mi się, że niechęć związana z religią chrześcijańską nie jest głównie skierowana w stronę "zwyczajnych" wyznawców lecz tak zwane osoby duchowne, księży itp. Liczne skandale związane z wykorzystywaniem wiarołomnych ludzi przez reprezentantów kościła polskiego (i zapewne nie tylko), afery seksualne, wtrącanie się w sprawy polityczne kraju to potwierdzone zarzuty, które odbiły piętno na ufności Polaków w instrytucję kościoła. Do tego ślepa wiara, przede wszystkim ludzi w podeszłym wieku, w kościół oraz szerząca się dewocja również wpływają negatywnie, szczególnie wśród młodych ludzi, na postrzeganie wiary w Boga. Uważam że ludzie często mylą prawdziwą wiarę z otoczką, która jej towarzyszy. To właśnie ta otoczka, staje się tak znienawidzona przez ludzi, a oni dają upust swoim emocjom poprzez wyżywanie się na niewinnych, wierzących osobach. Wiara również jest traktowana jako słabość. W czasach gdy dominują hasło typu "umieszcz liczyć? Licz na siebię" (zgadzam się z tym) nie znajduje ona poparcia wśród części społeczności. Ja sam uważam, że osobom wierzącym, ale tak prawdziwie, jest w życiu łatwiej, ponieważ mogą one zawsze znaleźć wsparcie w swojej wierze, w postaci Boga. Wiara ich mobilizuje, pomaga sprostać trudom codziennego życia, to musi być miłe doznanie. Jednocześnie osoby te polegają na "sile wyższej", szukają "metafizycznej pomocy" zamiast wziąć sprawy w swojej ręcę i stawić czoła przeciwnością losu, co nie jest zawsze mile przyjmowane. Spory wpływ na ogólny wizerunek wierzeń religijnych ma rozwijająca się w nieprawdopodobnym tempie nauka i technika. Istnieje wiele naukowo udowodnionych faktów, które zaprzeczają informacjom zawartym w świętych księga religii, podważając autentyczność zawartych w nich zdarzeniach, na których zbudowane są dzisiejsze wierzenia ludzi. To wszystko są powody, dla których ludzka wiara słabnie, jest wyszydzana, postrzegana jako słabość, coś zbytecznego, a jaka jest Wasza opinia? skomentuj (11) 2008-09-28 20:43:23 >> i na dobranoc... Pierwszy rok szkoły podstawowej się zaczął, dawni koledzy zniknęli we mgle wspomnień a znajomi z osiedla po chłopca kłopotach, rozpłynęli się nagle. Samotny wyruszył w nieznane, szkoła jego była inne niż mu dotychczas znane. Zwana była społeczną, ale coż to znaczy? Czym się ona różni od innych placówek, mniej bawi, wymaga więcej, niech ktoś chłopcu tajemnicę tą zdradzi. Budynek szkoły był niewielki, a za oknem znajdował się lasek, zabawy było co nie miara dla rozbieganych dzieci. Nauczyciele byli dla swych podopiecznych wyrozumiali, pomagali w słabości chwili, wielu pożytecznych rzeczy co dzień uczyli. W klasach były niewielkie grupki dzieciaczków, skorych do zabawy, rozpieszczanych przez rodziców, którzy czasu dla swych pociech często nie znajdowali... Chłopiec z początku lepiej poznał klasowe dziewczynki, z chłopcami trudniej było nawiązać mu kontakt. Jednak z czasem i wśród grona niesfornych kolegów znalazł język wspólny, lecz jak się okazało okres sympatycznej znajomości nie był zbyt długi. W klasie zaczęły się tworzyć grupki, część chłopców już dobrze się znała, gdyż wspólnie do jednego przedszkola uczęszczała. Natomiast Ci, co byli wśród nich samotni, nie znający wcześniej nikogo z niewielkiego grona, stali się niechcianymi wyrzutkami, czemu los tak ich pokarał? Historia ta dopiero się zaczyna, lecz dzisiejsze nocy, nic już nas przy niej nie trzyma... skomentuj (1) 2008-09-28 13:01:35 >> Bajka na dzień dobry Za Tatrami, na nizinach, koło rzeki Wisłą zwaną, przyszedł na świat chłopiec obdarzonym imieniem niechcianym prze jego piękną mamę. Tak mijały lata, spędzone w ciasnocie, rok pierwszy, drugi, trzeci, zaczęło się żyć lepiej, jednak przed końcem roku następnego ojciec dom opuścił, ponieważ przestał widzieć szansę zarobku w mocno sponiewieranym kraju. Takim to sposobem kobieta niczemu niewinna, musiała samotnie zapewnić byt swojej dwójce dzieci, opiekować się nimi, nauczać tego co dla nich najlepsze, pracować by zapewnić dalsze przetrwanie. Łatwo nie było, ojciec z początku często dzwonił do swych bliskich, lecz każdego roku coraz rzadziej mu się to zdarzało. Kolejne obietnice rychłego powrotu, kolejne łzy i zwątpienie, tak mijały następne życia lata... Chłopiec pomału dorastał, zaczął się oswajać z myślą, iż ojciec daleko za granicą, że nie zjawi się na kolacji dzisiaj ani jutro, ale wierzył, iż może dnia pewnego do swego domu on powróci. Brat swojej siostry, syn swojej mamy, był to chłopak nieokiełznany. Lubił on psocić, bywał niegrzeczny, nieśmiały w stosunku do ludzi, a przede wszystkich do dziewczyn. W głębi duszy był dobrym stworzeniem, kochał swą rodzinę, w tym najbardziej rzadko widzianą, przepracowaną mamę. W swym przedszkolu był hersztem rozbrykanej grupki, każdy chciał się z nim bawić a on z każdym się bawił, lubiły go dziewczyny i one je "ukradkiem" lubił. Interesował się ogniem, lubił się nim bawić, tak jak fajerwerkami i z siarką zapałkami. Podpalił niegdyś lasek, być może też pole, w domu firankę, na szczęście zostawił w spokoju stodołę... Na swym osiedlu chłopiec zdawał się być rozpoznawany, wiedziano że często ma pieniądze na różne zabawy. Grał on na konsolach, gadżety kupował, kolegom przyjemności sponsorował. Pewnego dnia mama owego gamonia, spostrzegła po czasie pewnym, iż z pensji ubywa jej pieniędzy. Wreszcie zorientowała się, iż malec za tym haniebnym czynem stoi. Chłopiec w obawie o samego siebie, powiedział kłamstewko, jedno i drugie, zrzucił winę na niewinnych niczemu ludzi. Psotnik nieświadomy w pełni wyrządzonych krzywd, wiedział że kłamstwa jego krótkie mają nogi, więc zaczął coraz rzadziej wychodzić z bezpiecznego domu. Następne lata jego życia zmieniły go sporo, lecz tego się dowiecie być może już dzisiejszego wieczora... skomentuj (0) 2008-09-27 17:31:13 >> Rozstrojenie Zauważyłem, że od wczorajszego dnia jestem dosyć rozdrażniony. Być może to przez pewien stres związany z wizytą w banku, jedną i drugą, nie wiem, chyba jednak to nie to. Wieczorem pokłóciłem się ze znajomym, bądź co bądź, jedną z najbliższych mi osób, mimo iż uważam, że nie w pełni była to moja wina, to kipsko się czuję. Niestety kolega nie dał mi możliwości wytłumaczenia się z mojego zachowania. Rzeczywiście potrafię przesadzić w niektórych sytuacjach. Często bywa, że gdy na czymś mi zależy, to pragnę żeby wszystko ułożyło się po mojej myśli i gdy nagle coś nie idzie według mojego planu to zaczynam się mocno frustrować, irytować etc., po prostu kończy się to problemem w kontrolowaniu towarzyszących mi emocji. Dzisiaj nie jest dużo lepiej, przeklnąłem kilka razy na cały regulator (rodzice wracają dopiero jutro, więc mogę sobie na to pozwolić...) z błahych powodów, a podczas treningu niemalże zacząłem się wyrzywać na talerzach. Zastanawiam się czy to nie przypadkiem przejawy faktu, że już za te kilka dni czeka mnie powrót do szarej rzeczywistości. Staram się myśleć pozytywnie, nie zakładać czarnych scenariuszów, cieszyć się tym co mam i jaki jestem, jednak często to nie wystarcza. W dniu jutrzejszym postaram się napisać trochę więcej o mojej osobie. Są jednak i plusy, znalazłem mobilizację do odkurzenia mieszkania i spędzenia kilku chwil nad nauką. Pozdrawiam. :) skomentuj (1) 2008-09-26 21:51:59 >> Mieszkanie za seks - debata Pierwsze słyszę o tego typu zajściach. Już na samym początku wypowiedzi obejmę stanowisko w tej sprawie. Uważam że traktowanie ludzkiego ciała jako narzędzie, w tym wypadku narzędzie pracy, w ten sposób, świadczy o braku godności, poszanowania dla siebie samego, potępiam taki proceder. Ludzkie ciało to dla mnie połączenie jego części fizycznej i psychicznej. Myślę że nie można rozdzielić tych elementów i traktować jako osobne byty. Tym samym gdy oddajesz się komuś za pieniądze nie tylko dajesz drugiej osobie wykorzystać się cieleśnie ale i mentalnie. Stosunek seksualny zawsze pozostawia po sobie ślady obojga tych sfer, czasami mogą być niedostrzegalne, z pewnością psychiczne zmiany funkcjonują głęboko w podświadomości. Traktowanie ludzkiego ciała niczym towar jest dla mnie niemalże równe brakowi człowieczeństwa. Nie jest ono ani naprawialne (nie licząc operacji plastycznych, regeneracji komórkowej etc.), ani wymienialne, jak przedmioty codziennego użytku. Ludzkie ciało jest jedyne w swoim rodzaju, niepowtarzalne i wykorzystywanie go do czysto zarobkowych celów jest dla mnie haniebne. Na akademik nie ma szans, a na pokój za tysiąc złotych miesięcznie jej nie stać. Co ma w takiej sytuacji zrobić biedna studentka? Biedna studentka powinna zastanowić się jak się wzbogacić. Wcale nie trzeba daleko szukać. W dzisiejszych czasach znalezienie pracy, choćby dorywczej, nie jest rzeczą nieosiągalną, wystarczy chcieć. Trudno mi uwierzyć, żeby studiując dziennie lub zaocznie można nie mięć wystarczająco dużo wolnego czasu aby zarobić na swoje utrzymanie. Jeśli rzeczywiście znalezienie źródła gotówki sprawia problemy, zawsze można zaciągnąć pewien rodzaj pożyczki, w banku, czy u kogoś bliskiego / znajomego. Oczywiście jest to wyjście, które pozwoli nam "odetchnąć" na niezbyt długi okres czasu, ale powinno to wystarczyć aby znaleźć zatrudnienie. Poza tym, mieszkanie można wynająć już od 600 zł / miesiąc (ceny warszawskie), chociażby w mojej dzielnicy (centrum to nie jest, ale ma to swoje uroki). Również można poszukać osób chętnych do współdzielenia pokoju / mieszkania co zmniejszy opłaty. Czy to się rozpowszechni? Czy polskie dziewczęta pójdą na taki układ? Z biegiem lat poszanowanie dla tej, jeszcze nie tak dawno temu niemalże sakralnej, sfery ludzkiego istnienia stopniowo maleje. Ludzie zaczynają traktować swoje ciało jako narzędzia do zaspakajania rządz czy, jak w tym temacie, w celach zarobkowych, więc na pewno prawdopodobieństwo rozpowszechnienia się takich czynów jest możliwe, czego przykładem są Włochy, a Polacy przecież nie będą chcieli być "gorsi"... Mam nadzieję, że Polki (i Polacy) "mają swój rozum" i potrafią go używać. Wybranie "najłtawiejszej" drogi aby osiągnąć swój cel rzadko bywa drogą właściwą, najlepszą z możliwych. skomentuj (4) 2008-09-26 14:51:52 >> Raport z dni ostatnich Brzmi oficjalnie, ale tak miało być, więc wszystko w porządku i ruszamy dalej. ;) Minęło już dni parę od mojego powrotu do Warszawy, planowałem ten czas przeznaczyć na konkretne sprawy. Jednak zupełnie w standardowy dla mnie sposób zamiast "pracować" podziwiałem mieniacy się tysiącami barw ekran mojego monitora, czy zaczytywałem się w czasopismach. We wtorek, dzień przyjazdu, miałem zamiar kontynuować mój trening, lecz chęci jakoś zabrakło i resztę dnia spędziłem na nadrabianiu zaległości w oglądaniu ostatnio wyemitowanych seriali i tak na pierwszy ogień poszły takie tytuły jak Heroes, Eureka, 90210 czy Fringe. Natomiast wieczór spędziłem grając z moim znajomym (kolega z bloku obok - pozdro Paweł;) w grę komputerową, oczywiście via internet. Kolejnego dnia zamierzałem zasiąść już do nauki i rozpocząć ćwiczenia, w których mam już spore zaległości, ale co się okazało? Krzysiowi (czy wspominałem, że takim imieniem mnie obdarzono - na dodatek przez przypadek...) zabrakło samomotywacji i mobilizacji do konstruktywnych działań i cały dzień spędził na oglądaniu filmów, czytaniu "bzdur" i graniu z tym samym kolegą co dnia wcześniejszego (i następnego również). Nastał czwartek... po mału zaczynałem wpadać w depresję z powodu mojego nieróbstwa, jednak ostatnimi podkładami mobilizacji wreszcie "odbębniłem" trening i troszkę, ociupinkę, prawie że nic, powtórzyłem sobie wiadomości na uczelnię. Tak nadszedł piątek (czyt. ten piątek, który właśnie trwa), w dniu poprzednim postanowiłem, że zrobię coś użytecznego, ale co ważniejsze udało mi się to. Parę godzin temu poszedłem do Polbanku (mają świetne oprocentowanie), żeby otworzyć rachunek oszczędnościowy - muszę jeszcze się tam przejść, żeby założyć lokatę. Mniej czasu zajęło mi załatwienie formalności aniżeli czekanie aż wreszcie zwolni się stanowisko na placówce. Jednak była i pozytywna strona medalu, mogłem lepiej przyjrzeć się bardzo atrakcyjnej pracowniczce (w tym momencie moja wyobraźnia śmiga na pełnych obrotach), z którą kilkukrotnie wymieniłem spojrzenia. Następnie obrałem kurs na bank ING (katastrofalnie niskie oprocentowanie) aby zlikwidować konta i przelać pieniądze na nowoutworzony rachunek. Na samym końcu, tej jakże interesującej, eskapady poszedłem zrobić zakupy i oczywiście nie omieszkałem nabyć kilku kolorowych pism i paru artykułów gospodarczych. Zrobiłem niezły spacerek, z którego wróciłem ok. 30 minut temu. Mam nadzieję, że zmuszę się dzisiaj do poczytania czegoś "uczonego" i może odkurzenia mieszkania (chociaż z każdą kolejną minutą mam na to coraz mniejszą ochotę). To byłoby na tyle, lecę odsmażyć mięsko i ugotować ryż. Pozdrawiam wszystkich. :) skomentuj (0) 2008-09-24 13:37:10 >> No other places like home Witam z powrotem! Miło mi się zrobiło, zauważając że pomimo iż nie prowadziłem bloga przez ostatnie kilka dni to i tak znalazły się osoby, które zajrzały na moją skromną stronkę. ;) Postaram się pokrótce opisać jak upłynęło mi ostatnich parę dób, jakie odniosłem wrażenia i jakie towarzyszyły mi myśli w czasie mojego pobytu w mieście, z którego pochodzi moja mama. ![]() Zacznę od początku, czyli od chwili wyjazdu z Warszawy. Pomimo dosyć długiej trasy (około 250 km w jedną stronę) i niewielkiego, upakowanego po brzegi bagażami samochodu, Toyoty Yaris, droga nazbyt się nie dłużyła. Co prawda siostra była nieco poddenerwowana m.in. faktem, że samochód ledwo skręcał pod ciężarem załadunku, ale podróż była całkiem przyjemna. Siedziałem z tyłu Yarisa za kierowcą, a obok mnie, w swoim specjalnym foteliku, umieszczona była moja urocza siostrzenica. Bardzo się cieszę, że miałem okazję pobyć z Nią przez te kilka godzin jazdy. Jedyne czego się obawiałem to przeczucie, że ten mały wulkan energii wyssie ze mnie cały zapas sił witalnych, na moje szczęście Asia nie zaplanowała dla swojego wujka aż tak wielkiej porcji fantastycznych zabaw... ;) Podróż obyła się bez "wpadek" (Asia cierpi na chorobę lokomocyjną, ja również nie zawsze dobrze znoszę jazdę) i upłynęła pod znakiem podziwiania otaczającej przyrody (mała księżniczka uwielbia zwierzątka, więc co chwile wypatrywaliśmy krówek, koników, kurek i innych hodowlanych "bestii") oraz rozmów na najróżniejsze tematy, oczywiście nie obyło się bez kilku drzemek, które skutecznie "skróciło" trasę. Będąc w okolicach Lublina koniecznie musieliśmy wstąpić do miejscowego McDonald`sa, który jest stałym punktem odwiedzin w trakcie drogi do dziadka Asi (czyt. ojca mojej siostry), gdzie podają frytki, które tak mój mały szkrab lubi. Ja zamówiłem sobie porcję "paluszków ziemniaczanych" wraz z sosem śmietanowym, które notabene bardzo mi smakowały, przy czym trochę potrwało zanim zdecydowałem się coś zamówić w "królestwie niezdrowego żarcia", był to mój pierwszy raz od kilku lat. Gdy już siostra podwiozła nas pod sam blok dziadzia, Aniołek niespodziewanie niezaprotestował i dał mi "buziaka" - Asia jest nieśmiała jeśli chodzi o kontakty fizyczne z ludźmi, nawet jeśli chodzi o najbliższą rodzinę - co wydaje mi się świadczyło o tym, że podróż z wujkiem była całkiem sympatyczna. Myślę że dzięki temu jeszcze trochę się do siebie zbliżyliśmy. :* Po doczłapaniu się na 3-cie piętro zadzwoniliśmy do drzwi mieszkania dziadzia. Nie wiedział On, że ja również przyjadę, miała to być mała niespodzianka z naszej strony. Mama przywitała się pierwsza, a ja czekałem na schodach, zaczęła po mału wnosić bagaże, jednak stwierdziłem, że nie ma sensu, żeby męczyła się sama z tymi tobołkami, więc po chwili wyłoniłem się zza ściany i mile zaskoczyłem dawno niewidzianego krewnego. Chyba mnie z początku nie poznał, nie zdziwiłem się, ponieważ w ciągu ostatnich 3-4 lat bardzo zmieniłem się z wyglądu, z charakteru nieco również (na szczęście w większości na plus). Po pewnym czasie spędzonym już we trójkę, doszedłem do wniosku, że z dziadziem wcale nie jest tak tragicznie jak wydawało nam się po rozmowach odbytych przez telefon. Co prawda po przebytym udarze miewa On problemy z zachowaniem równowagi, pamięć również czasami Go zawodzi (na szczęście nie jest to nic poważnego), aczkolwiek wciąż potrafi się śmiać i rozśmieszać innych. Odnoszę wrażenie, że najgorszy problemem jest u Niego nieustanny brak apetytu. Chyba nigdy nie widziałem człowieka, który tak niewiele zjada każdego dnia, stan ten towarzyszy Jemu od wielu lat i niewiele można temu zaradzić. Bardzo przykre jest również Jego zrezygnowanie i pogodzenie się ze swoim losem, w rozmowie z Nim da się odczuć, że ma świadomość swojego nie najlepszego stanu fizycznego i nieuchronnie zbliżającej się śmierci... Mam nadzieję, że te kilka wspólnie spędzonych dni dodało Mu trochę sił i motywacji do życia. Uporządkowaliśmy trochę Jego mieszkanie, kupiliśmy nową pralkę i pilota do telewizora, który po mału już dogorywał, ale oczywiście najcenniejsze były momenty, w których rozmawialiśmy i śmialiśmy się. Prawdopodobnie na zimę, a może i już na stałę, dziadzio przyjedzie do nas, do Warszawy, co moim staniem jest świetnym pomysłem. Oczywiście stwarza to trochę dylematów i pomniejszych problemów, ale suma sumarum rodzina to najcenniejsze co mamy. ![]() Teraz czas na trochę informacji dotyczących Zamościa. Jest to miasto powstałe w 1580 roku z inicjatywy Jana Zamoyskiego, jednego z największych polskich magnatów tamtego okresu. Głównym projektantem tego zabytkowego miejsca był Włoch - Bernardo Morando, który nadał swojemu życiowemu dziełu wiele architektonicznych cech rodem z Italii. Stworzył on miasto twierdzę, zwaną w tamtym okresie perłą renesansu. Niestety w czasie zaboru rosyjkiego okupanci dokonali wielkich zniszczeń na terenie miasta, również w czasie wojen światowych Zamość nie wyszedł bez uszczerbku, m.in. na jego terenach znajdowały się hitlerowskie obozy. To tyle jeśli chodzi o moją wiedzę na ten temat. W znacznym stopniu wsparłem ją informacjami zawartymi na portalu wikipedia - sam nigdy nie miałem głowy do wydarzeń i dat historycznych, ale pomyślałem, że wspomnę powyższe fakty, ponieważ miasto to odegrało swoją rolę w historii naszego kraju i warto o tym pamiętać. :) Czas na moje osobiste odczucia na temat miejsca narodzin mojej mamy. Pierwsze co rzuciło mi się w oczu to niska zabudowa Zamościa. Większość budynków to domy jednorodzinne, niskie cztero, pięcio-piętrowe bloki, kamienice oraz różnego rodzaju magazyny i sklepy. Całość jest dosyć nijaka i szarawa, na pewno miała na to wpływ również zła pogoda. Ponadto tamtejsze ulice i chodniki są strasznie dziurawe i nie trudno na nich o zrobienie sobie krzywdy. Jedyne co się wyróżnia na tle tej miejscowości to zabytkowy rynek, który jest restaurowany głównie dzięki dotacjom z Unii Europejskiej, z ratuszem (znajduje się w nim pałac ślubów), ładny park, który znajduje się w pobliżu wspomnianego miejsca oraz całkiem sporych rozmiarów stadion piłkarski, który jednak lata swojej świetności raczej ma już za sobą. Miasto nie jest za wielkie, obecnie zamieszkuje go około 80,000 osób. W moich obserwacji wynika, że sporą część mieszkańców stanowią ludzie w podeszłym wieku, jak i osoby w wieku okołolicealnym. Nie uszły mojej uwadze zgrabne dziewczyny, której najczęściej ubrane były w obcisłe dzinsy (mrau...). Natomiast w ubiorze chłopaków przede wszystkim panował nieco "amerykański styl", luźne rozpinane bluzy z kapturem, spodnie, jak i również sportowe dresy. Miło było obserwować dosyć liczne pary zakochanych trzymających się za ręcę manifestują w ten sposób swoje uczucia, w Warszawie raczej nie często widzę takie widoki, czyżby nie było to już u nas "cool i trendi"...? To tyle jeśli chodzi o moja niedługą podróż w rodzinne strony. Pogoda odstraszała od dłuższych wypadów na miasto, więc przez sporą część czasu nudziłem się. Oczywiście jak to ja, pomimo "manifestu", iż w wolnym czasie będę przygotowywał się na uczelnię w związku z nieuchronnym rozpoczęciem roku akademickiego, nie zrobiłem tego. Jedyne na co pozwoliło mi lenistwo to przeczytanie całego Men`s Healta i doczytanie KiFa... Shame on me, really... Pozdrawiam wszystkich, trzymajcie się mocno! :) skomentuj (0) 2008-09-19 16:47:11 >> Welcome to Zamość! W dniu jutrzejszym wybieram się pierszy raz w trakcie obecnego okresu wakacyjnego poza obręby mojego miasta (jakże to wielkie wydarzenie...). Pisząc dokładniej, wyjeżdżam do Zamościa, rodzinnego miasta mojej mamy, gdzie wciaż mieszka mój dziadziuś. Ostatni raz widziałem panoramę tego jednego z najstarszych miast Polski w telewizji relacjonującej występ zespołu Carpie Diem (z Szymonem Wydrą jako wokalistą), a gościłem tam w wieku około 12 lat, czyli minął szmat czasu od tamtej pory. Z dziadziem widziałem się ostatni raz ponad 3 lata temu, więc tym bardziej cieszę się na ten wyjazd, szczególnie że Jego stan zdrowia wciąż się pogarsza i nikt z nas nie wie ile czasu pozostało do ostatniego pożegnania... Wypad planowany jest na jutro na 8-mą rano, przyjechać po nas ma moja siostra, która wraz ze swoją przecudowną córeczką Asią :* jedzie w odwiedziny do swojego ojca, który również jest mieszkańcem Zamościa. Zapowiada się niezapomniana wycieczka, podczas której "uwolnię" się na parę dni od internetu, ale nie od komputera, ponieważ zabieram ze sobą notebooka w celach dydaktycznych... Powrót planowany jest na wtorek, więc nie będą to zbyt długie "wakacje", głównie z tego powodu, że nieuchronnie zbliża się rozpoczęcie roku akademickiego a ja muszę powtórzyć jeszcze trochę materiałów na uczelnię, no i nie chcę robić zbyt długiej przerwy w treningach. Miłego wieczoru i do "przeczytania". :) ![]() skomentuj (0) 2008-09-18 10:11:52 >> Ale o so chozi?... Być może część osób odwiedzających tego bloga zastanawia się dlaczego nie poruszyłem do tej pory żadnego personalnego problemu, dylematu czy rozterki. Przyznam że swego czasu sam się nad tym zastanawiałem, o dziwo nawet wymyśliłem pewną teorię na ten temat! :) Po pierwsze, wydaje mi się, że rozpamiętywanie tego co przykre i "wewnątrzbolące" (neologizm, przyda się kiedyś :p) jeszcze bardziej pogłębiłoby mnie w stanie smutku oraz marazmu i pewnego rodzaju "terapią" jest dla mnie pisanie o sprawach przyjemnych czy interesujących mnie. Do tego czuję jakbym dzięki temu wprowadzał nieco światła do moje duszy (chyba zbyt patetycznie to zabrzmiało). Po drugie, być może podświadomie chciałbym pokazać najpierw swoją pozytywną stronę, nie tą melancholijną, zadumaną, zrezygnowaną, gdyż w późniejszym czasie może być o to trudno. Po trzecie, co przyszło mi do głowy w trakcie pisania tego postu, dzięki poruszaniu spraw "lekkich", jak i tych poważniejszych, które jednak nie dotyczą mnie bezpośrednio, czuję się bardziej "normalnym, zwyczajnym" człowiekiem, a to przyjemna dla mnie odmiana. Niestety raczej nie uda mi się uciec od tego co wydaje się być nieuniknione w moim przypadku, gdyż pewne zachowania już chyba są we mnie mocno zakorzenione... Postaram się jednak trwać jak najdłużej w pozytywnym nastroju. Pozdrawiam! :) skomentuj (2) 2008-09-17 22:05:36 >> Co gra w Twoim telefonie? - debata Co sądzisz o spersonalizowanych dzwonkach? No cóż, uważam tą różnorodność za plus. Dzięki ogromnej gamie dzwonków komórkowych chyba każdy człowiek jest w stanie znaleźć odpowiadającą mu melodię. Jedynie pod wątpliwość można poddać ludzkie zachowanie związane z użytkowaniem dzwonków. Nie każdy człowiek potrafi się zachować adekwatnie do sytuacji, miejsca w którym się znajduje. Telefony dzwoniące w kościele, śmieszne dzwonki na lekcji, hałaślie tępe brzmienia w środkach komunikacji miejskiej, chyba każdy z nas doświadczył podobnych zajść. Nie są jednak one związane bezpośrednio z dzwonkami komórkowymi, a z ludzką mentalnością. Ja ze swojej strony cieszę się, że mogę dobrać bez problemu dzwonek odpowiadający mojemu nastrojowi, czy charakterowi. Przypomniała mi się sytuacja z mojej uczelni. Były to jedne z pierwszych zajęć z przedmiotu "Prawne podstawy funkcjonowania biznesu", w połowie zajęć nagle z sali dobiega słumiony dzwonek komórkowy, w którym Czesiu z bajki Włatcy Móch śpiewa "Alleluja, alleluja..." echo niczym w kościele. W pomieszczeniu zapanowała lekka konsternacja, nikt nie sięgnął do torby by wyłączyć telefon... Nagle zorientowałem się, że to przecież mój dzwonek, który chyba tego samego dnia ustawiłem... Miałem szczęście, że profesor był zrelaksowanym człowiekiem i nie zrobił mi rabanu z tego powodu. Z tego miejsca pozdrawiam moich wspaniałych znajomych z uczelni, którzy lubią sobie robić żarty... ;] skomentuj (1) |
|
|||||||